Aktualności i Kronika

bg wtz

zajawka warsz3Do teatru ledwo udało się nam zdążyć. Zaledwie cztery minuty przed rozpoczęciem spektaklu podaliśmy kurtki miłym paniom z szatni i chwilę później, szczęśliwi zmierzaliśmy w kierunku widowni. Jeszcze godzinę wcześniej byliśmy ciągle w samochodzie, bo ostatnie piętnaście kilometrów drogi do hotelu, ze względu na stołeczne, piątkowe korki, których nie przewidzieliśmy w aż takich rozmiarach, pokonywaliśmy ponad pół godziny… A potem już sprawnie – autobusem, metrem, schodami ruchomymi, biegiem… Okazało się, że trafiliśmy na premierę, która ze względu na liczne okoliczności towarzyszące wydarzeniu rozpoczęła się całe piętnaście minut później. I dobrze się złożyło. Nie tylko nie wyszliśmy na spóźnialskich, ale mieliśmy okazję stanąć przy okolicznościowej ściance obok aktorów i osób związanych z branżą teatralno-filmową. Niektórzy z nich dali się nawet namówić na wspólne zdjęcie, a Jakub Wieczorek, kiedy dowiedział się, że nasi wychowankowie również są aktorami, serdecznie uścisnął wszystkim ręce życząc im wielu sukcesów.

Odwzajemniliśmy mu się tym samym. Prosto z szatni, ale już po przedstawieniu, podszedł do nas Jacek Lenartowicz, który grał w spektaklu rolę reżysera oraz zmieniający go, grający tę samą rolę, tylko następnego dnia – Bogdan Kalus. Obydwaj bardzo mili. Im również opowiedzieliśmy o naszej teatralnej przeszłości i oni również z radością stanęli do wspólnego zdjęcia. Wiadomo, że aktorzy powinni trzymać się razem… Po teatrze poszliśmy jeszcze na kolację i dopiero dwa kwadranse po północy wróciliśmy do hotelu. Nie zupełnie bez przygód… Przez chwilę balansowaliśmy nieco na pograniczu prawa, bo po wyjściu z autobusu odśpiewaliśmy „sto lat” Danielowi, który zaczął właśnie obchodzić swoje urodziny. Choć śpiewaliśmy zaledwie półgłosem, w rzeczywistości wyszło dosyć gromko… Na szczęście nikt widać nie życzył źle naszemu solenizantowi, bo nie zostaliśmy przyłapani na zakłócaniu ciszy nocnej. Następnego dnia po obfitym śniadaniu przeprowadziliśmy naradę, podczas której wszyscy mieli okazję wypowiedzieć się na temat propozycji na spędzenie czasu. Okazało się, że wobec pięknej, słonecznej pogody nikt nie chciał zaszywać się w muzeach i ostatecznie, choć nie jednogłośnie, zwyciężyło ZOO. Był to naprawdę trafiony pomysł. Piękne wybiegi i wspaniale prezentujące się zwierzęta szybko przekonały nawet malkontentów. Największą frajdę sprawiły nam goryle i szympansy, choć chwilami mieliśmy wrażenie, że my im też, bo do końca nie mieliśmy pewności kto tu kogo ogląda. Uciekliśmy na szczęście przed deszczem i schroniliśmy się w dawnej fabryce Norblina, gdzie po raz pierwszy w Europie (i tu mamy do czynienia z tą drugą premierą…) zaprezentowano niezwykłą wystawę. Dzięki nowoczesnemu systemowi animacji mogliśmy podziwiać dzieła Claude’a Monet’a, Augusta Renoira, Edgara Degasa, Mary Cassatt, Paula Cézanne czy Eduarda Maneta. Ożyły one wprost na naszych oczach zaprezentowane w formie niezwykłego, spektakularnego pokazu. Kompozycje Ravela i Debussy’ego dopełniły reszty. Wystawa, do przygotowania której wykorzystano blisko 440 dzieł największych malarzy impresjonizmu mogła zachwycić i zachwycała wszystkich. Zachwyciła nawet do tego stopnia, że w dwóch przypadkach zachwyt ten przerodził się w krótkotrwałą, acz mocno pogłębioną medytację sztuki… Po takiej strawie duchowej przyszedł czas na coś dla podniebienia. Na szczęście w fabryce Norblina nie brakło odpowiedniej dla nas oferty. Każdy znalazł dla siebie coś odpowiedniego. Jadzia, która uwielbia ostre dania zamówiła sobie obiad na stoisku z kuchnią indyjską, miłośnicy kuchni śródziemnomorskiej skorzystali z oferty greckiej, zaś zwolennicy potraw tradycyjnych – zamówili w restauracji amerykańskiej gigantyczne hamburgery… Wychodząc ze strefy związanej z jedzeniem natknęliśmy się na jednego z uczestników popularnego programu rozrywkowego „Twoja twarz brzmi znajomo”. Kuba Szmajkowski, bo o nim mowa, chętnie stanął z nami do zdjęcia, a my w zamian życzyliśmy mu wielu sukcesów, zarówno w programie jak i w życiu. Po odnalezieniu teatru, który mieliśmy jeszcze odwiedzić tego wieczoru, stwierdziliśmy, że mamy jeszcze tyle czasu, że możemy znaleźć jakieś miejsce, by w końcu uczcić odpowiednio urodziny Daniela. Wszystkie stoliki były zajęte, a przy oknie stał samotnie stół na dziesięć osób i po prostu na nas czekał. Sprawdziliśmy, ale nie był zarezerwowany. Tam, po raz kolejny, zaśpiewaliśmy półgłosem solenizantowi okolicznościową pieśń urodzinową i w miłej atmosferze, przy kawie i ciastku, spędziliśmy czas do spektaklu. Przedstawienie było wspaniałe! Wspaniałe były dekoracje, gra aktorów, których było aż czternastu, kostiumy, dbałość o szczegóły oraz sama treść. W czasie przerwy wszystkie nasze komentarze dotyczące spektaklu świadczyły o tym, że to też był dobry wybór. „Wachlarz” Carlo Goldiniego podbił nasze serca z jeszcze innego powodu. Nasi aktorzy dopatrzyli się w nim kilku podobieństw do naszego ostatniego spektaklu. Pierwszym jest liczba aktorów na scenie. U nas jest ich szesnastu, a więc blisko… Drugie to scenografia – bardzo bogata w obydwu przypadkach. Trzecie to akcja, która i u nas i tam jest dość wartka, a na scenie ciągle pojawiają się kolejne postacie. No i na koniec – bezruch w jakim zastygają bohaterowie opowieści. „To tak, jak u nas…” – nasi ośrodkowi artyści byli wprost zachwyceni. Zachwyt ten dopełnił jeszcze pan Sławomir Orzechowski, grający w spektaklu rolę hrabiego, a znany przede wszystkim licznym wśród nas miłośnikom serialu „Ojciec Mateusz” z roli biskupa, który wypatrzony przez Michała również nie miał problemu z zapozowaniem do wspólnej fotografii. W pobliże parkingu dotarliśmy autobusem miejskim. Stamtąd spacerkiem doszliśmy do samochodu. Z Warszawy wyjechaliśmy dość późno, ale mimo wielkiego zmęczenia wróciliśmy do domu bardzo zadowoleni i bardzo szczęśliwi.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49